RSS
sobota, 12 listopada 2011
Groteska, czy znak czasów?

A może zamiast wydawać miliony na policję i remonty warszawskiego bruku, wyciągnąć z tej nieuniknionej przyszłości jakąś korzyść? Może udałoby się przekonać międzynarodówkę zadymiarzy, by spotykali się latem, choćby i w każdy weekend, na zielonych polach Grunwaldu? Wybudować tam makietę dzielnicy finansowej (ukłon w stronę alterglobalistów), kilkanaście albo i kilkadziesiąt pomników narodowych bohaterów z różnych stron świata, kościół, synagogę, meczet (dla obrońców i przeciwników krzyża, gwiazdy Dawida i półksiężyca). Do tego stadion piłkarski i żużlowy. Miasteczko, w stylu Disneylandu, hotele, dać pracę wyjątkowo brutalnym policjantom (antyfaszyści to kochają), no i sprzedawać bilety na wspaniałe widowiska z udziałem kilkunastotysięcznych statystów. I wszyscy będą zadowoleni... 

Utrzymane w dramatycznym tonie doniesienia na Twitterze prawicowych blogerów z Marszu Niepodległości budziły niepokój i zażenowanie. „UJAWNIAMY Wstrząsająca relacja świadka: "Nagle wypadło pięciu zamaskowanych z pałami. Mówili po niemiecku. Zaczęli bić. Kolejna szokująca informacja-niemieccy lewacy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną w polskich mundurach. "Pluł na mundur" - to Michał Karnowski. „A jak już nas niemieccy chuligani obronią przed polskimi faszystami to kto nas obroni przed niemieckimi chuliganami? Bo przecież nie policja” - to Kataryna. „Coś mi w tej całej narracji nie pasuje. Czemu TVN i GW jeszcze nie wpadły na to, że za to co się dziś stało odpowiedzialny jest Kaczyński?” - Cezary Gmyz. „"Z całą bezwzględnością!" - Tu widać tajniaków Tuska bijących i kopiących leżącego” - Krzysztof Wyszkowski. „Pięknie wyglądają tysiące maszerujących o zmroku, z biało-czerwonymi flagami, w świetle rac.” - zachwycał się Dominik Zdort.

Szczerze mówiąc, jak na portalu wpolityce.pl przeczytałem emocjoną relację Piotra Zaremby o Niemcach, którzy na warszawskich ulicach znęcają się nad polskimi patriotami, to moim pierwszym skojarzeniem był Jan M. Rokita i jego epickie starcie ze stewardessą w Lufthansie. Ale przecież tym razem nie skończyło się na wyimaginowanym konflikcie podlanym histerią. Jeśli policja aresztowała ponad stu cudzoziemców, w tym 92 Niemców, to sprawa jest poważna. Choć nie zmienia to faktu, że wciąż brzmi to absurdalnie. Niemieccy anarchiści na polskim Dniu Niepodległości, ściągnięci przez polskie lewicowe organizacje? Po jaką cholerę? Chciałbym poznać nazwisko tego współczesnego Konrada Mazowieckiego, który uznał, że nie da rady powstrzymać neoendeckiego Marszu Niepodległości bez współczesnych Krzyżaków. Choć intryga chyba nie wypaliła. Aż żal było patrzeć na groźnych Teutonów ubranych na czarno, w kominiarkach i z pałkami, jak gnają Nowym Światem zaganiani przez policję do gościnnie otwartych drzwi kawiarni Nowy Wspaniały Świat. A później pojedyńczo wyciąganych z tej słodkiej pułapki wprost do podstawionych „suk”. 

W konkurencyjnym dla lewicowej demonstracji Marszu Niepodległości też brały udział delegacje z „bratnich” krajów - z mojej ukochanej Słowacji i z Serbii. A oprócz tego chuligani, kibice i Młodzież Wszechpolska. 

Ani jeden, ani drugi „Marsz” nie miały kompletnie nic wspólnego ze świętem ustanowionym na pamiątkę przyjazdu marszałka Piłsudskiego z Magdeburga do Warszawy i objęcia przez niego władzy z rąk Rady Regencyjnej. Mam wrażenie, że zarówno dla wojującej radykalnej lewicy (która jest u nas zjawiskiem stosunkowo nowym, ale sukces wyborczy Palikota pokazuje, że będzie już stałym elementem naszego krajobrazu politycznego), jak i dla radykalnej prawicy (na nią zawsze w Polsce był popyt), potrzebna jest zbrojna konfrontacja. Dzień Niepodległości , to pretekst. Zapewne następne starcie czeka nas 1 maja, przy okazji Euro 2012, w dniu Parady Schumanna, Marszu Równości, itd. Każda okazja będzie dobra. A ponieważ Polska ma spore dowiadczenie w goszczeniu cudzych wojsk, które załatwiają na naszym terytorium swoje sprawy, więc perspektywy są niewesołe. 

sobota, 09 kwietnia 2011
Minął rok od tamtego kwietnia

Ada Wesołowska

To już minął rok. 10 kwietnia 2010 nie da się zapomnieć.
Ale wszystko zaczęło się walić już dzień wcześniej. Około południa 9 kwietnia rozmawiałem z moim przyjacielem Maćkiem Wesołowskim. Gwarzyliśmy o tym i o owym. Wspomniał mi, między innymi, że martwi się o swoją żonę - Adę. Poprzedniego wieczora spotkała się z przyjaciółmi, ale wróciła wcześniej do domu, bo kiepsko się poczuła. Maciek podejrzewał, że się zatruła, a może ktoś jej coś dosypał do piwa? Miała ciężką noc. Nad ranem zasnęła i teraz, choć minęła dwunasta, wciąż spała. Niby takie rzeczy się zdarzają, ale mimo wszystko, Maciek był zaniepokojony. Gadaliśmy na fejsbukowym czacie. Mój przyjaciel co kilka minut szedł sprawdzić co się z Adą dzieje. Za którymś razem napisał mi, że choć jego żona się obudziła, to nie ma z nią kontaktu. Mówi niezrozumiale, jakby zaczynała zdanie po polsku, a kończyła po chińsku. Maciek wezwał pogotowie.
Gdy zadzwonił po kilku godzinach, był chyba bardziej zdziwiony, niż zdenerwowany. Ada leżała w szpitalu na Banacha i będzie miała operację. Pękł jej tętniak w mózgu. Zabrzmiało to groźnie, ale ani Maciek, ani ja nie mieliśmy wtedy pojęcia co tak naprawdę się stało i jakie mogą być tego konsekwencje. Lekarze unikali jak ognia prognozowania. Wiadomo było, że zrobiono jej tomografię i czekają na przyjazd chirurga. Jeden, który był w tym czasie w szpitalu, właśnie kończył trudną i długą operację i nie mógł zabrać się "z marszu" za następną pacjentkę. Następnego dnia była sobota. Umówiłem się z Maćkiem, że z samego rana spotkamy się w szpitalu i razem spróbujemy dowiedzieć co i jak.
O wpół do ósmej zobaczyłem Maćka na korytarzu szpitala, który wyglądał jak opustoszała stacja kosmiczna. Długie korytarze oświetlone światłem jarzeniówek. Nigdzie nie widać było ani chorych, ani personelu medycznego, żadnych doktorów Housów, czy chociażby doktor Zosi. Choć Maciek twierdził, że poprzedniego dnia widział kilku George’ów Clooneyów (rzeczywiście, chirurdzy, których spotkałem tam później, byli w większości klonami przystojnego gwiazdora).
Okazało się, że rano niczego się nie dowiemy. Ada była przygotowywana do operacji, które miała się zacząć za kilka godzin. Nic się przez noc nie wydarzyło, co lekarze uznali za dobry znak. Maciek był umiarkowanie optymistyczny. Ada była młoda i silna. Czekała ją poważna operacja, a potem na pewno długa i ciężka rekonwalescencja, ale nie braliśmy w ogóle pod uwagę najgorszego scenariusza. Przecież o tętniaku nikt nie wiedział, nie było żadnych objawów. Maciek, wciąż kręcąc głową z niedowierzaniem stwierdził, że po wczorajszym dniu nic go już więcej nie jest w stanie zaskoczyć. Postanowiliśmy wybrać się do Jeffsa na Polach Mokotowskich na śniadanie. Była 8.40.
Pojechaliśmy te kilkaset metrów samochodami, ale tylko ja włączyłem radio. I miałem wrażenie, że w Tok Fm puścili jakieś słuchowisko w stylu „Wojny światów” Orsona Wellesa. Zaparkowałem pod restauracją i nacisnąłem klakson, żeby zawołać Maćka, który stał przy drzwiach wejściowych i patrzył na mnie wyczekująco. Wzruszył ramionami i wsiadł do mojego samochodu. Piętnaście minut siedzieliśmy w kompletnym milczeniu, a potem wskoczyliśmy do Jeffsa i zmusiliśmy obsługę, żeby włączyli jakąś polską telewizję. Kolejne dwie godziny gapiliśmy się na zmianę na TVN24 i TVP Info. Zastanawialiśmy się jakie będą krótko i długoterminowe konsekwencje smoleńskiej katastrofy. Niespodziewana choroba Ady i kompletnie absurdalny wypadek lotniczy zbiegły się w sposób niemal niewiarygodny. Maciek musiał się czuć, niczym aktor w filmie katastroficznym, w którym kontrapunktem dla indywidualnej tragedii jest ogólnonarodowa trauma i epicki wstrząs światowy.
Czekał nas bardzo trudny tydzień. To, że Ada umiera, stało się jasne dopiero po drugiej operacji. Niełatwo było się z tym pogodzić. Codziennie spotykaliśmy się, wraz z gronem przyjaciół Ady i Maćka, na korytarzu szpitala na Banacha. W międzyczasie przetrząsaliśmy internet czytając setki ludzkich historii. Najczęściej były to opowieści dające nadzieję. Ktoś miał poważny wylew, ale po roku brał już udział w maratonie. Komuś innemu lekarze dawali pięć procent szans, a po miesiącu wyszedł ze szpitala o własnych siłach. Wczytywaliśmy się w te posty i pocieszaliśmy, że przecież Ada ma 37 lat, że ma dla kogo żyć... Pielęgniarki namawiały Maćka, żeby jak najwięcej mówił do żony, trzymał ją za rękę. W ten sposób mógł jej pomóc. To, że leżała nieprzytomna, wcale nie musiało oznaczać, że Ada nie słyszy i nie czuje. Mieliśmy też absurdalne pomysły... Przełożona pielęgniarek wzniosła tylko oczy ku niebu, kiedy z Maćkiem zaproponowaliśmy, że może zagram coś Adzie na altówce. Może muzyka do niej dotrze, skoro - jak mówią chirurdzy - ma afazję i nie rozumie co do niej mówimy. Za to nie protestowały, gdy Maciek przyniósł nagrane na Mp3 głosy ich dzieci. 5-letnia Rózia i trzyletni Tymek pozdrawiali wesoło mamę...
Lekarze, na początku podnosili Maćka, a co za tym idzie również nas, na duchu. Jednak z biegiem czasu przestali mieć czas na rozmowy. Przyspieszali kroku. Nie patrzyli w oczy. Po pierwszej operacji nastąpił wstrząs. Druga operacja. A potem trzecia. I wszystko stało się boleśnie oczywiste.
Z okien szpitala widać było tłumy ludzi gromadzące się na prowadzącej z lotniska ulicy Żwirki i Wigury. Powoli, przejeżdżały samochody z trumnami. Z „ruskimi trumnami”, jak potem powie jeden z rozgoryczonych polityków PiS. Codziennie wracałem ze szpitala do domu ulicą pokrytą rozjechanymi kwiatami.
W redakcji mieliśmy - jak zwykle w tych dniach miesiąca - zamknięcie numeru. Powinienem tam siedzieć, robić podpisy pod zdjęciami, wymyślać zajawki na okładkę, kombinować tematy do następnego miesiąca. Ale moi przełożeni znali sprawę, patrzyli na mnie, machali ręką, i mówili - no dobra! Idź! Bardzo im jestem za to wdzięczny. Zresztą mało kto mógł się wtedy skupić na pracy. Po chwilowym zjednoczeniu całego narodu, antagonizmy wybuchły ze zwielokrotnioną mocą. Również w tak małej społeczności, jak redakcja PANI. Informacja o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu była iskrą, która wywołała wybuch. Ludzie rzucili się sobie do gardeł. Jedni unosili się gniewem na myśl o tym, że obok królów i wieszczów spocznie prezydent, który niczego wielkiego nie dokonał, a swoim uporem i kłótliwością doprowadził do katastrofy i śmierci prawie setki ludzi. Inni wściekali się na kretynów, którzy nie widzą oczywistych rzeczy, takich jak zamach Tuska z Putinem na znienawidzonego przez Ruskich i Niemców polskiego męża stanu. Zwolenników teorii spisku i zamachu irytowała nawet żałobna muzyka nadawana przez Radio Zet i nekrologi w "zdradzieckiej" Gazecie Wyborczej. Z drugiej strony barykady padały równie jadowite sugestie, że za całą aferą stoi makiawelliczny Jarosław Kaczyński, który postanowił poświęcić własnego brata, żeby na bazie powszechnego współczucia zrealizować swój sen o prezydenturze.
Już po kilku dniach zacząłem reagować alergicznie na większość rozgłośni i przerzuciłem się w samochodzie na RMF Classic. Chopina i Beethovena, w przeciwieństwie do Brudzińskiego i Niesiołowskiego, mogłem słuchać bez końca.
Taki był tamten burzliwy kwiecień.
Czy coś się przez rok zmieniło? Nadal ludzie rzucają się sobie do gardeł. Bardzo brakuje Ady Wesołowskiej. Jesteśmy rok starsi. I to wszystko.
19:07, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 lutego 2011
Szybki przegląd ostatniego numeru Wieści Podwarszawskich.

Dawno nie pisałem o mojej ulubionej lokalnej gazecie, co świadczy raczej źle o mnie i mojej kiepskiej organizacji czasu, bo "Wieści" trzymają równy, dobry poziom. Dziś, zamiast pastwić się nad urodą podwarszawskich dziennikarskich fraz napiszę całkiem poważnie, co mnie w gazecie zainteresowało.

"Koniec Wspólnego Biletu" - ogłaszają na pierwszej stronie jc. i jmaz. Warszawski ZTM zaproponował podwarszawskim gminom podwyżkę o 120% dopłat za przywilej jeżdżenia koleją na bilecie komunikacji miejskiej. Ani Zielonka, ani Kobyłka, ani nawet Wołomin nie mają takich pieniędzy, więc mieszkańcy wrócą do płacenia 6 zł w jedną stronę za dojazd do Warszawy, a tam znów będą musieli kupić bilet na metro, czy autobus. Przez ostatni rok wystarczyło kupić bilet dzienny... No trudno. Widać nikomu nie zależy za bardzo na tym, żeby do pracy pojechać zbiorkomem, zamiast zatykać stołeczne ulice autami na wołomińskich blachach...

Strona czwarta. Jmaz w artykule "Wrzosowa na raty" pisze o skrzyżowaniu ul. Wrzosowej i Kresowej - 20 metrów od mojego domu. To się nazywa Prasa Lokalna! Tekst jest o tym, co niestety jest od kilku lat moim codziennym koszmarem. Pełna wyrw i błota ulica służy jako skrót na trasie Wołomin - Rembertów, pozwalając objechać zatkaną "na twardo" ul. Żołnierską. No i mało optymistyczne jest to, że Urząd Miasta "nie przewiduje" tu żadnych remontów. A zamiast tego zamierza zająć się dopieszczaniem tych części ulicy Wrzosowej, które już mają i kanalizację, i twardą asfaltową nawierzchnię. Na to ma pójść 700 tys. złotych. Już w Biblii Pan mówił, że tym, którzy mają, to będzie jeszcze dodane...

Strona szósta. Autor (am) w tekście "Kalendarium Wieści", robi streszczenie zeszłorocznych wydarzeń opisywanych przez mój ulubiony periodyk. Zaczyna od zdania: "Na początku warto przypomnieć o politycznych preferencjach w roku ubiegłym. W wyborach prezydenckich prawie wszystkie gminy powiatu wołomińskiego jasno opowiedziały się za jednym kandydatem na prezydenta - Jarosławem Kaczyńskim." Sporo też miejsca jest poświęcone awanturze o bolszewicką mogiłę w Ossowie. Autor z lubością cytuje wypisywane na grobach farbą manifesty oburzonych mieszkańców: "Bronek! Krzyż usunęliście, ale krwi z rąk nie usuniecie! hańba! Smoleńsk = Katyń 2010". Na drugą nóżkę mamy informację o proteście parafian z Jasienicy, którzy walczyli z biskupem, który postanowił usunąć ich proboszcza ks. Wojciecha Lemańskiego za "zbyt daleko idące zaangażowanie w dialog chrześcijańsko-żydowski). Proboszcz, który  w ciągu trzech lat udowodnił, że jest nie tylko duszpasterzem, ale i sprawnym organizatorem życia kulturalnego wsi (zorganizował chór, świetlicę dla dzieci, teatr, wprawił w kościelne okna artystyczne witraże, a poza tym jest felietonistą "Wieści") na szczęście ocalał. Na chwałę Boga i parafii.

Strona siódma. Tu są historie kryminalne i opis zdarzenia, które jakoś w Wołominie nie dziwi. Pijany kierowca (dwa promile) staranował policyjny radiowóz, stojący spokojnie na skrzyżowaniu pod światłami. Trzeba mieć ułańską fantazję...

Na stronie dziesiątej jest felieton księdza Lemańskiego (tego, co go parafianie bronili przed biskupem). No i trzeba przyznać, że facet jest w porządku. Ze zdjęcia spogląda gość, który ma urodę Jarka Kreta. W tekście boksuje się z naprawdę trudnym cytatem z Ewangelii św. Mateusza: "Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego". Czemu Jezus ucieka? Nie piętnuje prześladowców jednego z najbliższych sobie ludzi. Nie chłoszcze kazaniami, nie okazuje nawet chrześcijańskiego współczucia. Taka postawa kłóci się z naszym obiegowym spojrzeniem na odważnego, bezkompromisowego Zbawiciela. Ksiądz Lemański przeprowadza pewną analogię do tysięcy pytań, które padają po katastrofie smolenskiej. Zadajemy te pytania, ale odpowiedź zależy już tylko od naszej wiary. Nigdy nie dowiemy się dlaczego Jezus uciekł. Mateusz tego nie wyjaśnia, jakby sprawa była nieistotna. Ktoś, kto na podstawie tylko tego urywku Pisma Świętego chciałby budować teorię spiskową, ma otwartą drogę. Tak samo w przypadku katastrofy smoleńskiej wyrwany z kontekstu fragment rozmowy z kokpitu może służyć jako kij do okładania politycznego przeciwnika. Tutaj fakty zawsze będą zależały od interpretacji. Przekonani do jakiejś wersji nigdy nie uwierzą w wersję drugiej strony. Choćby nie wiadomo co.

Na tej samej stronie felieton psychologa dr Marcina Florkowskiego o fenomenie szczęścia małżeńskiego na emeryturze. No cóż... Nie wszyscy mają takie szczęście doczekać emerytury przed rozwodem.

Na stronie 12 nauczycielka Ewa Dunin - Wilczyńska opisuje w bardzo łapiący za serce sposób jasełka integracyjne w zielonkowskiej szkole nr. 3. No to już wiem, gdzie chcę posłać córkę...

A na stronie 13 fascynujący tekst Cezarego Waszczyńskiego o tajnikach gwary wschodniomazowieckiej. Autor książki "Kamiuszczyk na ylu" (kamyczek na pustkowiu) otwiera przede mną - miłośnikiem gwar wszelakich - całkiem nowe horyzonty.

A na ostatniej stronie reklama castingu Foto Models Poland 2011, który odbędzie się w Zielonce 6 lutego... Miodzio!

Warto było wydać 2,50.

13:33, mzungu6
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 listopada 2010
Nikomu niepotrzebna secesja

Klimt

Na tą porażkę czekali z nadzieją wszyscy. PO - wiadomo dlaczego. Bo nawet kierując się polityką miłości nie życzy się konkurentom zwycięstwa. Grupa PiSowskich secesjonistów pod wezwaniem Joanny Kluzik-Roztkowskiej, bo chcieli triumfalnie ogłosić, że gdyby prezes ich nie wyrzucił, to ho, ho... No i na nieuchronną porażkę czekało przebierając nóżkami PiSowskie stronnictwo Ziobrystów. Bo każda porażka przybliża upragniony moment, w którym zmęczony Jarosław odda swoje żelazne hufce pod komendę młodego hetmana. Pogromu w wyborach samorządowych spodziewał się chyba również Jarosław Kaczyński. I to tak mocno, że zamiast w siedzibie partii na Nowogrodzkiej, w wyborczą niedzielę wybrał się poza Warszawę, by z Rzeszowa ciskać gromy na Kluzik-Rostkowską i Jakubiak. Groteskowe przemówienie, którego osią było stwierdzenie, że porażce winne jest odejście z PiS osób, które on wyrzucił, musiało być przygotowane długo przed głosowaniem.

Dlaczego? Bo PiS wcale nie poniósł klęski. Oczywiście nie wygrał, więc zdaniem zawiedzionego PiSowca politologa Marka Migalskiego - przegrał. Ale normalni ludzie, patrząc na wyniki wyborów muszą zauważyć, że sromotnej porażki nie było. Odejście frakcji PiSowskich “liberałów” nie ujęło partii Kaczyńskiego głosów.

Czemu? Gdyby z PO tuż przed wyborami odeszło kilkanaście najbardziej medialnych postaci, mogłoby być krucho. Z PiSem jest inaczej, bo najwyraźniej statystyczny wyborca Prawa i Sprawiedliwości głosuje na swoją partię nie ze względu na miłą aparycję JKR, czy obezwładniający urok Pawła Poncyliusza, ale dlatego, że nie ma obecnie drugiej partii, która tak skutecznie gromadziłaby pod swoimi sztandarami wszystkich niezadowolonych i sfrustrowanych. Nie ma innej partii, która tak ładnie wpisywałaby się w polską tradycję Narodowej Demokracji. Wyborca PiSu czuje się świetnie maszerując równym krokiem po Krakowskim Przedmieściu z pochodniami i krzyżami, o katastrofie lotniczej z 10 kwietnia nie mówi inaczej, niż “mord smoleński”, nie rozdziela włosa na czworo dywagując nad skomplikowanymi sprawami stosunków międzynarodowych. Wie lepiej, że przyjaciół mamy tylko w republikańskich Amerykanach, a resztę hołoty, tych wszystkich żabojadów, makaroniarzy, pepików, żydów, czy ruskich, ma w głębokim poważaniu. Jeśli PiSowscy secesjoniści, którzy zbyt śmiało domagali się PiSu z “ludzką twarzą” liczyli na to, że uda im się pociągnąć za sobą część elektoratu, to srodze się zawiodą. Nigdy nie zagłosują na nich wierni słuchacze Radio Maryja, czy inni twardzi miłośnicy Polski od morza do morza. A tych jest od zawsze w Polsce ok. 25 procent. Nie odbiorą też wyborców Platformie, bo głosowanie na Panią Jakubiak, czy Migalskiego tylko dlatego, że Jarosław Kaczyński ich już nie lubi, słabo mieści się w ramach racjonalnych sympatii i antypatii.

Tak więc secesja się raczej nie powiedzie. Po prostu parę osób, które znamy z telewizji, zniknie ze sceny politycznej. Nie pierwszy i nie ostatni raz coś takiego się dzieje.

A oczyszczony z “liberalnych złogów” PiS będzie miał 25% poparcia. Czyli mniej więcej tyle samo, co przed wyrzuceniem JKR. A PO będzie rządzić, aż do czasu, gdy ktoś z charyzmą pojawi się na lewicy. Bo z prawej strony, dzięki Jarosławowi, nic im już nie grozi.

sobota, 13 listopada 2010
Bukowińskie Spiski

książka Wojciech Kuczok Spiski

Mało co w życiu wkurza mnie tak bardzo, jak fakt, że książkę, którą powinienem napisać, popełnił już ktoś inny... Na pocieszenie pozostaje mi tylko to, że “Spiski” Wojciecha Kuczoka są z pewnością lepsze od tego, co sam mógłbym nabazgrać. Autor, rocznik 1972, to niemal mój rówieśnik. Dlatego mamy podobne doświadczenia pokoleniowe, a jego podtatrzańskie impresje czytam ze ściśniętym sercem. Kuczok, w pierwszych dwóch opowiadaniach, opisuje Podhale mojego dzieciństwa. Potem wracałem w Tatry, tak jak on, na wakacje. Słuchaliśmy tych samych opowieści i plotek. Jednym z bohaterów jego opowiadań jest strażnik leśny Weryś Maron, który ze strachu ustrzelił niedźwiedzia. Nie trzeba być znawcą Tatr, by skojarzyć natychmiast ten dość łatwy do rozszyfrowania pseudonim. Wystarczyło na początku lat ’80 mieszkać w Zakopanem, w bloku przy ulicy Władysława Orkana 3B i mieć za sąsiada niepozornego pracownika TPN - Mariana Werona...

Ale jednak, moje zakopiańskie doświadczenia i przetrawione literacko wspomnienia Wojciecha Kuczoka kompletnie się gdzieś rozmijają. On przyjeżdżał z górniczego Śląska do góralskiej rodziny na Bukowinie. Ja mieszkałem w centrum “ceperskiego” Zakopanego. Ja z rzadka zapuszczałem się do góralskich dzielnic. On - do Zakopanego nie zachodził w ogóle. A przynajmniej nie uważał tego za warte odnotowania na kartach swojej książki. Moje zakopiańskie wspomnienia pachną kremówkami i czarno-białymi lodami w starym cocktailu na Krupówkach. Kuczok w tym czasie intensywnie wdychał zapachy w góralskiej kuchni. Gdy on wspinał się po niedostępnych turniach i spuszczał w gardziel lodowych jaskiń, ja zdobywałem pieczątki w schroniskach, gromadząc punkty na srebrną odznakę GOT. Mijaliśmy się na różnych orbitach. Nie mieliśmy szansy się spotkać.

Może dlatego jego “Spiski” połknąłem łakomie i niemal na jeden kęs. Dzięki temu spojrzałem na Tatry, a przede wszystkim na góralszczyznę jego oczami. Kultura, język i obrzędowość “polskich Indian” (takie porównanie pojawia się w tekście Kuczoka), fascynuje go na równi z seksualnym powabem śwarnych frajerecek. Znajomość gwary autora powala na kolana, ale może też okazać się dla książki zabójcza. Długie frazy w języku nieznanym szerokiemu gronu nizinnych czytelników mogą nużyć. Sam ledwo się w tym odnajduję, odgrzebując z zakamarków pamięci dawno zapomniane słowa. Mam też niejasne wrażenie, że - zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu - mieszając gwarę śląską i podhalańską, Kuczok wystawia czytelnika na poważną próbę. Choć właśnie to pierwsze wspomnienie, z czerwca 1982 roku, ma najbardziej intensywny smak, a proza autora, czy to z powodu śląskich akcentów, czy futbolowej dominanty, mocno “pachnie” Jerzym Pilchem. Kolejne powroty pod Tatry są już bardziej “kuczokowskie”. Na plan pierwszy wychodzi problem dorastania i dojrzewania w obcym środowisku kulturowym, na tle rozpadającego się związku rodziców.

Górale są u Kuczoka niemal innym gatunkiem ludzi. Ich kult przemocy, niezwykła zdolność regeneracji (fantastyczny opis gazdy, który wraca do domu z ciupagą w głowie), rozbuchana seksualność, granicząca z fanatyzmem religijność, a jednocześnie spryt, zaradność i zamknięcie na obce wpływy - to wszystko fascynuje autora i absorbuje tak bardzo, że nie zauważa już innych mieszkańców Podtatrza. Ma oczywiście prawo do subiektywnego i wybiórczego spojrzenia na świat. Ale powiem szczerze, że dopiero gdy w ostatnim opowiadaniu, datowanym na 2000 rok, pojawiają się barwnie nakreślone postaci turystów i bywalców schronisk, zaczynam znów odnajdywać w Kuczoku bratnią duszę. A jego wyobraźnia uruchamia moje własne wspomnienia.

Dużo lepiej czyta mi się “tatrzańskie”, niż “góralskie” opowiadania. Tu czuję się pewniej. Odnajduję zapach mgły, marznącego deszczu, który skrzypi pod wibramą buta. Oszałamiającą woń rozgrzanej kosówki, czy chłodny dotyk granitowej skały. Przypomina mi się stan bliski nirwany, gdy zmęczenie przy forsownym podejściu wymiata z głowy wszystkie myśli, pozostawiając błogosławioną pustkę i poczucie niczym niezmąconego szczęścia. Lecz znów, czy ktoś, kto nie jest tatrzańskim maniakiem będzie w stanie docenić erudycję autora, który ze sprawnością zawodowego prestidigitatora żongluje nazwami żlebów i uhroci, strzela jaskiniami znanymi tylko wąskiemu gronu wtajemniczonych, a na koniec, bez tłumaczenia co i jak rzuca aluzję do legendy o widmie Brockenu (ja miałem okazję zobaczyć na Granatach swój cień w tęczowej aureoli poruszający się niedźwiedzimi ruchami na zalegających poniżej szczytu chmurach, ale ilu nas jest?)

Gdybyż jeszcze tylko alter ego autora zechciało choć raz przespacerować się Krupówkami, czy zajrzeć do Delikatesów, w których za PRL-u przestałem w kolejkach setki godzin... Ale z drugiej strony, jak można złościć się na innego autora, że nie napisał swojej książki tak, jak powinienem napisać ją ja? Więc chyba dobrze, że swoje wspomnienia ubrał w słowa ktoś, kto tak fantastycznie operuje słowami, jak Wojciech Kuczok. I na koniec jeszcze ostatnia myśl: nie wiem kiedy autor kończył swój zbiór tatrzańskich opowiadań, ale finał z obrońcami krzyża jest niesamowity. I jeśli został napisany przed sierpniem tego roku, zaskakującą profetyczny...

SERGIUSZ PINKWART

wtorek, 19 października 2010
Kurs pod wiatr
“Stajemy się państwem wyznaniowym!” - grzmią posłowie lewicy, słysząc jasną deklarację arcybiskupa Henryka Hosera, szefa Zespołu Ekspertów Episkopatu d/s Bioetycznych. Duchowny publicznie przypomniał groźnie brzmiącą, ale dość oczywistą prawdę, że zgodnie z obowiązującym kościelnym prawem, każdy poseł, który w sejmowej debacie o dopuszczalności zapładniania metodą in vitro, opowie się za czymkolwiek poza naturalną metodą prokreacji, zostanie ekskomunikowany. A więc znajdzie się poza Kościołem. Będzie mógł więc już spokojnie i bez stresu głosować za czym chce. Nie będzie miał jednak prawa do uczestniczenia w komunii i pozostałych sakramentach. Nie wnikając w sedno sporu medyczno-etycznego i unikając rozważań nad wyższością wstrzyknięcia życiodajnej białkowej mazi za pomocą narządu, bądź narzędzia, warto się skupić na ostatecznym wyniku. Ponieważ zapowiada się na to, że ustawa przez Sejm przejdzie (zagłosuje za nią PO i SLD), więc możemy przyjąć, że ponad 200 dusz zostanie obligatoryjnie ze wspólnoty katolickiej usunięte. Sprawa, co jest już pewne, zostanie ostro nagłośniona. Bo po pierwsze wszystko, co kojarzy się z seksem, świetnie się sprzedaje, a poza tym kościelne jastrzębie od dawna ostrzegają, że tym razem nie darują nikomu. A więc zapewne fala wykluczeń i ekskomunik będzie rosła. W kolejce ustawiają się już pary, które zdecydowały się na in vitro. A za nimi wszyscy ci, którzy używają środków antykoncepcyjnych, a podczas sakramentu spowiedzi nieopatrznie się tym przed księdzem pochwalą.Zaostrzenie kursu da się już zaobserwować. Grywam czasem z zespołem na ślubach kościelnych. Przez wiele lat repertuar nie był problemem. Wychodzono z “franciszkańskiego” założenia, że muzyka jest po prostu miła Bogu i tyle. Ewentualnie powtarzano z uśmiechem za świętym Augustynem: “kto śpiewa w kościele podwójnie się modli”. Ale tak było za czasów “naszego papieża”. A kościół polski, paradoksalnie, po 2005 roku odetchnął.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Wizje Jarosława



“Mam inną wizję” uciął krótko Jarosław Kaczyński, gdy legendarny pierwszy premier RP Tadeusz Mazowiecki zapytał go czemu kłamał podczas obchodów 30-lecia Solidarności. Chwilę wcześniej, na trybunie honorowej Jarosław - oklaskiwany niczym pierwszy sekretarz PZPR - ujawnił nowe, zaskakujące fakty dotyczące strajku w gdańskiej stoczni w sierpniu 1980 roku. Otóż znana wszystkim, opisana wielokrotnie przez świadków i uczestników wydarzeń historia, to w wizji Jarosława Kaczyńskiego fałsz. To nieprawda, że robotnicy i wspierające ich grono doradców pod kierunkiem Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Geremka i Andrzeja Wielowieyskiego, w żmudnych negocjacjach z przedstawicielami rządzącej PZPR wypracowali porozumienie otwierające w całej Polsce drogę do powstania niezależnych związków zawodowych będących przyczółkiem społeczeństwa obywatelskiego - pierwszej takiej inicjatywy w bloku wschodnim od upadku Praskiej Wiosny.
Wdług wizji Jarosława, zarówno większość doradców, jak i przywódcy strajku byli nastawieni na “szybciutkie zawarcie kompromisu” na warunkach zaproponowanych przez władze. Reprezentowali postawę kapitulancką, wręcz sabotowali zbiorowy wysiłek setek strajkujących stoczniowców. Tylko jedna osoba uratowała godność Polski i pchnęła losy świata na nowe tory. Skromny naukowiec specjalizujący się w prawie pracy - Lech Kaczyński, widząc zbliżające się niebezpieczeństwo ostro zareagował i sprzeciwił się nadciągającej Targowicy, porwał prosty lud do ostatniego szturmu i zwyciężył. Elity, “osoby o czasem bardzo znanych nazwiskach” potem podłączyły się pod to zwycięstwo, ale Polska ma prawo wiedzieć, komu zawdzięcza powstanie “Solidarności” i upadek komunizmu.
To przemówienie bardzo się spodobało uczestnikom rocznicowego zjazdu. Nagrodzono je gromkimi brawami. Najgłośniej klaskał obecny przewodniczący “Solidarności” Janusz Śniadek, który pracę w stoczni (zresztą gdyńskiej) zaczął równo rok po historycznym strajku i zapewne musi mocno żałować, że przełomowe dla Polski wydarzenia oglądał z perspektywy Jarosława Kaczyńskiego (czyli w telewizji). Zupełnie inaczej zareagowała rzeczywista uczestniczka tamtych wydarzeń - tramwajarka Henryka Krzywonos, która była w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym w stoczni i uczestniczyła w negocjowaniu porozumień sierpniowych. “Ja panu bardzo współczuję, ale proszę też współczuć innym i dać ludziom żyć. Mnie to obraża!” - wykrzyczała do mikrofonu. Później, już spokojniej tłumaczyła, że alternatywna wersja historii, która ma wywyższyć postać Lecha Kaczyńskiego kosztem Wałęsy, Mazowieckiego, czy Wielowieyskiego, tak naprawdę jest szarganiem pamięci zmarłego prezydenta. Do tej pory nikt nie kwestionował zasług brata Jarosława Kaczyńskiego, który podczas sierpniowych strajków w 1980 roku był ekspertem od prawa pracy. Forsowanie go na siłę na lidera i czołowego “jastrzębia” zgodne jest z najnowszym hasłem przywódcy PiSu: “Chcieć więcej!”, ale w efekcie może przynieść pamięci jego brata opłakane skutki. Od tamtych wydarzeń minęło dopiero 30 lat i żyje jeszcze sporo uczestników, którzy pamiętają jak było naprawdę. Czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński chce, by roztrząsano publicznie wszystkie kwestie z tamtych historycznych dni? A co jeśli faktyczni uczestnicy tamtych wydarzeń, oględnie mówiąc, nie zgodzą się z jego wersją? Jeśli przypiszą Lechowi Kaczyńskiemu miejsce nie w awangardzie, a  w drugim szeregu? Zarzuci im kłamstwo? Naśle na nich Macierewicza, który autorytatywnie stwierdzi, że oprócz Lecha Kaczyńskiego wszyscy w stoczni byli ruskimi agentami? No i co zrobi z niewygodnym pytaniem, gdzie on sam był w tym czasie, gdy jego świętej pamięci brat walczył o wolność i godność robotników? Czy przypadkiem, nie daj Boże, nie stał tam, gdzie ZOMO?
Czasami “chcieć więcej” może oznaczać “dostać mniej”, o czym Jarosław Kaczyński przekonał się już w 2007 roku. Tym razem “dostać mniej”, może boleć jeszcze mocniej. Chyba, że ogłuszające oklaski Janusza Śniadka zastąpią liderowi PiS poparcie elektoratu, który nie zmieści się w “innej wizji” Jarosława K.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Bądźmy czujni!

Do wyborów pozostały już niecałe dwa tygodnie i jako pisowski neofita cieszę się, że sondaże przedwyborcze pokazują coraz lepsze wyniki Jarosława Kaczyńskiego (nie na tyle jednak dobre, by zdemobilizować zwolenników IV RP). Mam nadzieję, że jak wszystko pójdzie po naszej myśli, to sprawę załatwimy w pierwszej turze i będę mógł wyjechać na wakacje. Ale do rzeczy. Najpierw chciałbym delikatnie rozprawić się z postulatami moich przyjaciół, którzy wciąż tkwią w platformerskiej utopii. Prosicie, żeby dać spokój pytaniom o ewidentną winę Rosjan i dać się im przekonać, że to wina naszych niedouczonych pilotów. A tak w ogóle, to trzeba dopracować procedury, by najważniejsze VIPy nie latały razem, żeby nie gromadzić w jednym miejscu wszystkich generałów itd. To postawa kapitulancka i nie do przyjęcia. Na szczęście społeczeństwo coraz śmielej domaga się prawdy. Polecam mój ulubiony portal internetowy: http://smolensk-2010.pl To tam można przeczytać świetny wywiad z Andriejem Iłłarionowem, doradcą Władymira Putina, który komentuje "zaufanie", które zadeklarował Donald Tusk wobec działań międzynarodowej komisji badania wypadków lotniczych:

"- Jeżeli premier Tusk rzeczywiście tak mówił, to popełnił ogromny błąd. Niezależnie od osobistych relacji ostatnia rzecz, jaką może zrobić szef rządu, to zaufać komukolwiek spoza swojego kraju. To podstawy dyplomacji, które mają zastosowanie nawet do najbliższych sojuszników. Sam spędziłem trochę lat w rządzie i wiem, że w polityce zagranicznej nie można postępować w ten sposób. Jako osoba prywatna może pan wierzyć, komu chce, bo jeśli się pan pomyli, to tylko pan poniesie odpowiedzialność za swój błąd. Ale urzędnik państwowy, premier, prezydent, nie mają do tego prawa. Stosunki międzynarodowe to branża, w której nie można poprzestać na zaufaniu. W Rosji mamy takie powiedzenie: ufaj, ale sprawdzaj”.

No i widzicie! Sami Rosjanie mówią, żeby Rosjanom nie ufać. A Rosjanom chyba można wierzyć... To znaczy nie można wierzyć. To znaczy można wierzyć, ale tylko wtedy, gdy mówią, że nie można wierzyć. Cieszy mnie też fakt, że opluwające do niedawna PiS gazety zmieniły front. Wystarczy rzut oka na tytuły w dzisiejszym "Dzienniku":

Kaczyński: Wzorujmy się na Niemcach

Kaczyński na wałach wbija szpilę Tuskowi

Kaczyński jest wszędzie i rośnie w siłę

PiS: Komorowski to rzecznik Gazpromu

Kaczyński zdobywa głosy, Komorowski traci

Komorowski oskarża PiS o "kłamstewko"

Atak Palikota: Jarek z zaciśniętymi ustami

Prywatne długi ministrów Tuska

Jeszcze tylko pozostała nam do odzyskania "Wyborcza" i będzie pozamiatane ;-) A jeżeli już jesteśmy przy "Wyborczej", to jako pisowski neofita chciałbym zapytać moich starszych (stażem) braci jaki jest oficjalny stosunek partii do kwestii poruszonej ostatnio przez PAP:

"USA. Znana dziennikarka skrytykowana za atysemicką wypowiedź PAP2010-06-06, ostatnia aktualizacja 2010-06-06 23:25 Z szerokim potępieniem w USA spotkała się wypowiedź znanej dziennikarki Helen Thomas na temat Żydów w wywiadzie udzielonym po incydencie z flotyllą z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy. Thomas powiedziała, że "Żydzi powinni opuścić Palestynę i wrócić do Polski i Niemiec". Prasa i telewizja zignorowały prowokacyjną wypowiedź, ale specjalizujący się w politycznych sensacjach konserwatywny portal internetowy "Drudgereport.com" nagłośnił ją i przez dwa dni eksponował na czołówce."

Czy popieramy starą Żydówkę Helen Thomas, która gromi Izrael i domaga się, by Żydzi oddali Palestynę Palestyńczykom, zapakowali się na statki i wrócili do Polski. Czy też może wspieramy samotny Izrael wśród arabskich sąsiadów w jego walce o wolność i ziemię? Gdy jeszcze byłem platformersem, wiedziałem co o tym myśleć. Poparłbym Helen Thomas. W końcu po cholerę się użerać na pustyni Negew, czy Wzgórzach Golan. Przyjeżdżajcie z powrotem do Lubartowa, Sokółki i Białegostoku, najlepiej z wypchanymi portfelami pełnymi przesłanych przez amerykańskich krewniaków dolarów. Zakładajcie fabryki, sklepy, czy international call-center i rozwijajcie upadającą gospodarkę naszej Ściany Wschodniej. Jako świeży zwolennik PiS jednak się waham. Intuicyjnie wyczuwam, że na zasadzie plus-minus, powinienem być przeciw. Ale nie podoba mi się, że w takim wypadku wspierałbym Izrael. A może jednak pozwolić by im się osiedlić u nas? Byłoby komu, w razie czego, wybijać szyby w sklepach...

No i na koniec sprawa dramatyczna. Wcale się nie zdziwię, jeśli do wyborów 20 czerwca jednak nie dojdzie. Gotów jestem się założyć, że jeżeli w sondażach Jarosław zbliży się do 50 procent, to rząd Tuska ogłosi stan klęski żywiołowej i odloży głosowanie na jesień. Te powodzie, które nękają Polskę w ostatnich tygodniach, to nie może być przypadek. Zresztą przeczytajcie sami: Artykuł ze strony biura prasowego klasztoru na Jasnej Górze podrzuciła mi internautka Maria, którą mam nadzieję udało mi się poprzednim wpisem przekonać do zmiany ideologicznych idoli.

"- Z wielu rejonów Polski, a zwłaszcza z miejsc na terenach dotkniętych w ostatnim okresie ulewnymi deszczami i burzami, otrzymujemy od licznych osób niepokojące sygnały. Według tych - pokrywających się ze sobą informacji - wszystkie one mówią o pojawianiu się co pewien czas samolotów pozostawiających za sobą dziwne smugi na niebie. Według naocznych świadków samoloty te widoczne były w tych rejonach polskiej przestrzeni powietrznej, w których - wkrótce po ich przelocie - powstawały niespodziewanie potężne chmury deszczowe i niebawem występowały nadzwyczaj obfite opady - pisze na stronie internetowej biura prasowego Jasnej Góry o. Stanisław Tomoń, - We wszystkich przypadkach obecność takich samolotów została odnotowana przez naocznych świadków jako szybko przemieszczających się, na dużych wysokościach, i w kolejnych sektorach powietrznych. Samoloty te zostały zauważone wielokrotnie, o różnych porach dnia, i przez wiele osób.(...) Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że owe "ślady" na niebie to normalne smugi kondensacyjne powstające po przelotach samolotów odrzutowych. Jednak obserwujący zauważyli, że wszystkie te długie na kilometry smugi, w przeciwieństwie do smug kondensacyjnych powstających po wielu innych przelatujących samolotach odrzutowych, ani - w takim samym czasie - nie znikają z nieba, ani nie wydają się być dla obserwujących takie same. Zdaniem oglądających smugi te swoim wyglądem różnią się od innych! Utrzymują się, stopniowo rozrastają i w widoczny sposób coraz bardziej rozpraszając się, wkrótce pokrywają sobą coraz większe połacie nieba - pisze paulin".

niedziela, 06 czerwca 2010
Spisek

Motto: "Nic nie jest takie jak widzisz"

OK. Dałem się przekonać. Moja pracowa (prawicowa) przyjaciółka Ania rzuciła mi wyzwanie: "Udowodnij mi, że tam pod Smoleńskiem, to nie był zamach". Zamyśliłem się. Żenująco krótko to trwało. Już po kilku sekundach zrozumiałem, że nie jestem w stanie udowodnić czegokolwiek. A zatem musiałem uznać wyższość Ani. Jako skruszony grzesznik, postanowiłem z gorliwością neofity rzucić się do czytania, ba! Nie tylko do czytania, ale i do głoszenia (zwłaszcza wśród nielicznych pozostałych zatwardziałych Platformersów) prawdy o smoleńskiej katastrofie. Ale już na wstępie pojawił się problem. Otóż nawet pisowskie środowisko (bliskie mi przecież, od mojego nawrócenia) nie wypracowało jednej, obowiązującej wersji ataku na prezydenckiego Tupolewa. Że to był zamach, że Ruscy, i że Tusk krew na rękach... To jasne. To wręcz oczywista oczywistość. Ale jak? Jak to się stało? Czytam na prawicowych portalach (na moich - chciałoby się rzec - portalach) rozmaite relacje i mam mętlik w głowie. Zbyt świeżej daty jestem PiSowcem, żebym bezbłędnie umiał rozpoznać prawdziwy spisek od urojonego. Nie mam jeszcze przenikliwego spojrzenia Antoniego Macierewicza, ani niezłomnego błysku szkieł Mariusza Kamińskiego. Dlatego postanowiłem nie przebierając, wierzyć we wszystko. Ale najpierw wszystko zgromadzić.

I w tym miejscu muszę prosić Was o pomoc. Zwłaszcza moich przyjaciół, stronników PiS. Wy wertujecie gazety i portale o jakich nie ma pojęcia taki były Platoformers ze stażem jeszcze sięgającym Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a może i nawet ROAD i targowicy w Magdalence. Pomóżcie. Podeślijcie mi linki do co ciekawszych i prawdopodobnych teorii spiskowych. Wszystkie je zgromadzę i będę systematycznie publikował na swoim blogu. A i wy, niewierni Tomasze z PO, i wy możecie się przydać jako pożyteczni idioci nie tylko pachołki Rosji i Niemiec. Chcę was wykorzystać w słusznej, naszej narodowej sprawie. Coś was rozbawi, jakaś teoryjka pobudzi do głupiego rechotu: przyślijcie mi. Prawda czasem różnymi drogi do nas zdąża. Tylko nie przysyłajcie mi głupawych krótkich komunikatów, typu: "Hej, Serge, to podobno UFO było".

Łaknę i zbieram wyłącznie teorie pożądnie umotywowane i najlepiej, opublikowane już publicznie w mediach, lub na portalach. A na zachętę pokazuję wam pierwszy odcinek: teorie, które blogerka Malibu wrzuciła na swoją stronę malibu.salon24.pl


"Dla mnie prawdopodobne są chyba już tylko 2 teorie:

1. Teoria pierwsza. Eksplozja w powietrzu nad Smoleńskiem - wyjaśnia brak lub rozczłonkowanie ciał, stan wraku i niewielki ogień na ziemi.
Trudne w realizacji ale nie niemożliwe. Kontrolowanych eksplozji mogło być kilka. Prawdopodobne, że pierwsza miała miejsce na wysokośco ok 100 metrów (uszkodzenie silników, pomp paliwowych, łaczności) druga tuż nad ziemią - eliminacja ofiar.

2. Teoria druga. Inny samolot TU-154M jako dubler i kontrolowana katastrofa w innej lokalizacji - tu pasuje wszystko ...
Łatwe i możliwe. Wraku trzeba by wtedy szukać w podobnej odległości od Warszawy na innym jednak kierunku.

Satelity amerykańskie zapewne takie zdarzenie zarejestrowały ...

A stenogramy ? Cóż ... Mogę wam na jutro przygotowac podobne ...

Jest niemal pewne, że samolot 101 nigdzie nie rozbił się. Świadczyć musi o tym stan zwłok Lecha Kaczyńskiego. Zwłoki te szybko „znaleziono”, zidentyfikowano i dostarczono do Smoleńska. Świadczy to o tym, że nie był to losowy przypadek zmiażdżenia ciała w trakcie uderzenia samolotu o ziemię. Miejsce prezydenta było przy kabinach pilotów. Stan zwłok byłby podobny do innych z tego samego miejsca w kadłubie Tupolewa. Pilotów nie znaleziono, ciało żony prezydenta było trudne i do odnalezienia i do identyfikacji.

Bez wątpienia 96 zostało zamordowanych. Nie wiadomo jaka była to śmierć, może wszyscy byli martwi już w Warszawie. Może kapitan nie dotknął nawet steru samolotu. Czy ginęli od kuli w głowę, czy od trucizny? Można przypuszczać, że ciała ofiar celowo masakrowano to granicy nierozpoznawalności, a to ze względu na obawę związana z ew. sekcja zwłok. Oględziny ciała

mogą ujawnić to czy ciało zostało zmasakrowane u osoby żyjącej, czy też po zgonie. Ustalenie tego momentu mogło poważnie obnażyć kulisy zamachu.

Istotne jest to, że w Smoleńsku rozbił się bliźniak, nie było tam ciał, samolot ten nie spalił się tak jak zaplanowano, skutkiem czego pozostały dowody poszarpanych blach pokrycia co świadczy wyraźnie o podłożonym ładunku detonacyjnym.

Czarne skrzynki nie świadczą zaś o czymkolwiek."

środa, 02 czerwca 2010
Optyka czarnej skrzynki

Tylko kompletni naiwniacy liczyli na to, że opublikowanie stenogramów rozmów z kabiny pilotów prezydenckiego Tupolewa, który 10 kwietnia roztrzaskał się pod Smoleńskiem, zakończy spór pomiędzy zwolennikami PiS i PO, patrzącymi zupełnie inaczej na przyczyny i skutki największej katastrofy w III RP. Od początku jasne było to, że 40-stronicowy stenogram, w zależności od poglądów politycznych dla jednych będzie obiektywnym zapisem rzeczywistości, dla innych totalną manipulacją, na którą jedynie idioci i rosyjscy agenci dadzą się nabrać. Gdy na studiach, na wykładach z historii Starożytnego Rzymu dr hab. Adam Ziółkowski wbijał nam do głowy, że nie ma czegoś takiego, jak obiektywna historia, słuchałem go z niedowierzaniem. Dziś wiem, że to prawda. Racjonaliści z PO czytając te nieszczęsne stenogramy spokojnie zwracają uwagę na to, że piloci mieli dokładne i rzetelne informacje meteorologiczne, rosyjscy kontrolerzy odradzali lądowanie, wszystkie instrumenty ostrzegały przed gwałtownie zbliżającą się ziemią, a mimo to pilot zdecydował się lądować we mgle. Czy sprawiła to presja związana z obecnością w kabinie jego przełożonego, dowódcy wojsk lotniczych generała Błasika? A jaki wpływ miał na to szef protokołu prezydenta Mariusz Kazana, któremu pilot raportował, że jest za duża mgła, by lądować? Jak interpretować słowa Kazany: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". Dla zwolenników PO, to jest jasne: pilot nie chciał samodzielnie podjąć decyzji o skierowaniu się na lotnisko zapasowe i prosił o decyzję prezydenta. A prezydent? Czy to wtedy właśnie zadzwonił do brata z telefonu satelitarnego? Prosił o radę w związku z informacją o mgle nad lotniskiem? Co Jarasław kaczyński mu poradził? Katastrofa była więc skutkiem zbiegu kilku okoliczności: fatalnej pogody, galimatiasu decyzyjnego (samolotem dowodził kapitan, ale miał na pokładzie swojego dowódcę - generała Błasika, który sam z kolei podlegał zwierzchnikowi sił zbrojnych, czyli prezydentowi), była też presja czasu (samolot wyleciał z półgodzinnym opóźnieniem), i presja, nazwijmy ją "historyczna" - w końcu wszyscy udawali się na rocznicowe uroczystości do Katynia. Gdybyż to był zwykły lot, z wizytą głowy państwa np. do Kijowa, czy Paryża... Ale te same stenogramy dla zwolenników PiS, to jednoznaczny dowód rosyjskiej zbrodni, a przynajmniej podejrzanej manipulacji. Internet natychmiast zakipiał od gniewnych komentarzy. Zaczęła prawicowa blogerka Kataryna: "I jak czarne skrzynki bo nie słuchałam? Czy to prawda, że nie udało się Rosjanom odczytać komunikatów wieży po rosyjsku". Chwilę później już wiedziała: "Rosyjski radar zbliżenia podawał dane inne od rzeczywistej wysokości Tu 154m.Takie wnioski płyną z dzisiejszej lektury". Zwolennicy teorii spiskowej bloger Rybitzki zauważył: "Rosyjski kontroler polecil Polakom odejsc na drugi krag w moemncie, gdy juz uderzyli w drzewa". A chwilę później dodał: "Po dzisiejszym dniu szcegolnego znaczenia nabiera pytanie, czy 10 kwietnia nastapil atak cyfrowy". Osobna dyskusja wywiązała się na temat ostatnich słów, które wykrzyczeli piloci, gdy od śmierci dzieliły ich już tylko sekundy, a samolot po zawadzeniu o drzewa przekręcił się na "plecy" i wbijał się w ziemię. "Moje zaufanie do rosyjskich wrzutek smoleńskich jest ograniczone niemal całkowicie. Skoro jednak wielu blogerów komentuje tzw. kopie zapisów czarnych skrzynek, to i ja sobie podywaguję" - pisze bloger Ksymenes w Salonie 24 - "Wyobrażam to sobie tak. Popełniam błąd i po chwili zdaję sobie sprawę, że są to ostatnie chwile mojego życia. Mówię więc "o Boże!" lub coś w tym stylu. Nie popełniam błędu, ale zdaję sobie sprawę, że ktoś wpuścił mnie w maliny i za chwilę być może stracę życie. Co powiem? Być może właśnie "o k...a!". Tak to sobie wyobrażam, mając po dzisiejszym dniu zerowe już zaufanie do rosyjskich śledczych oraz do rosyjskich władz." I tak dalej w tym stylu... Ujawnienie stenogramów nikogo nie przekonało do zmiany zdania. Ci, którzy są przekonani o tym, że katastrofa jest wynikiem fatalnej pogody, błędu pilota i presji wywieranej z prezydenckiej salonki, wyczytali ze stenogramów dowody na prawdziwość swoich tez. Z kolei ci, co od początku wierzyli, że to był zamach na Lecha Kaczyńskiego, utwierdzili się w swojej wierze. A teraz mój osobisty komentarz. Jestem przekonany, że przeniesienie zaraz po katastrofie, śledztwa do Polski, niczego by nie zmieniło. Gdyby zajęła się tym rządowa komisja, natychmiast pojawiłyby się żądania, by ekspertów powołała opozycja (czyt. PiS). Każda komisja, na której czele nie staliby Antoni Macierewicz z Mariuszem Kamińskim, zostałaby uznana za stronniczą i niegodną, prorosyjską, a może i nawet zbrodniczą. Donald Tusk myślał naiwnie, że skoro śledztwo w sprawie katastrofy poprowadzi niezależna od jego rządu międzynarodowa komisja, choćby i rosyjska, nikt nie będzie mógł mu zarzucić chęci wpływania na wynik dochodzenia. Zapomniał słów klasyka: "Nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5